Męski głos morza i precyzja wykonania
Kiedy na plenerowej scenie, przy wtórze szumu wiatru i dalekiego skrzypu takielunku, staje kilkudziesięciu facetów z Męskiego Chóru Zawiszy Czarnego, słuchacz ma prawo oczekiwać czegoś więcej niż zwykłego, żeglarskiego śpiewania. Oczekuje prawdy, siły i… absolutnej perfekcji. Ostatni koncert tego unikalnego zespołu udowodnił, że tradycja marynistyczna w ich wydaniu to nie skansen, ale żywy, pulsujący i – co najważniejsze – stojący na najwyższym poziomie wykonawczym organizm.
Jako zdeklarowany miłośnik tradycyjnych pieśni morza i surowy krytyk przeciętności, muszę przyznać: to był wieczór, w którym żeglarska pasja spotkała się z wyrafinowaną kulturą wokalną.
Klasyka repertuaru w nowym blasku
Repertuar koncertu stanowił przekrój przez to, co w polskiej i światowej literaturze marynistycznej najcenniejsze. Usłyszeliśmy legendarne kompozycje, które na stałe wpisały się w kanon kultury morskiej. Chór z wielkim smakiem wyważył proporcje między potężnymi brzmieniami a momentami intymnej liryki.
Prawdziwym majstersztykiem okazało się wykonanie „Pod żaglami Zawiszy” – pieśni, która w ich interpretacji nabiera niemal hymnicznego, dumnego charakteru. Zespół nie uciekał jednak od klasycznych, rytmicznych szant pracy, gdzie kluczem do sukcesu jest nienaganna pulsacja rytmiczna i idealne zgranie partii solowych (shantymana) z potężną odpowiedzią chóru.
Historyczny głos dawnych pokładów
To, co wyróżnia Chór Zawiszy Czarnego na tle innych zespołów sceny szantowej, to głęboka świadomość historyczna wykonywanego materiału. Każda pieśń miała tu swój rodowód, umiejętnie zarysowany w zapowiedziach maestro. Wykonanie klasycznej szanty „Leave Her, Johnny” nabrało głębi, gdy uświadomiono słuchaczom, że był to utwór śpiewany tradycyjnie na sam koniec wyczerpującego rejsu, podczas ostatniego pompowania wody zęzowej, będący jedyną legalną okazją dla XIX-wiecznych marynarzy do skrytykowania kapitana i warunków na statku.
Równie pasjonująco wypadły pieśni nawiązujące do wielkich bitew morskich i tragedii, w których chórzyści wykazali się genialnym wyczuciem dramatyzmu. Słuchając ich, można było poczuć zapach prochu i słonej wody dawnych żaglowców.
Ręka mistrza: znaczenie dyrygenta
Osiągnięcie tak spójnego brzmienia w warunkach plenerowych, gdzie akustyka bywa kapryśna, to zasługa genialnej pracy dyrygenta – Jacka Jakubowskiego. To on trzymał w ryzach tę potężną, męską energię.
Na szczególną uwagę zasługuje precyzja intonacyjna oraz dynamiczne zróżnicowanie utworów. Pod batutą dyrygenta chór potrafił w ułamku sekundy przejść od potężnego, chropowatego *fortissimo*, imitującego ryk sztormu, do subtelnego, perfekcyjnie kontrolowanego *pianissimo*, oddającego ciszę morskiej flauty.
Ta dyscyplina wokalna, czystość akordów w partiach wielogłosowych oraz dbałość o czytelność tekstu (co przy tak licznym składzie bywa zmorą) dowodzą twardej, wręcz kapitańskiej ręki dyrygenta, który z grupy pasjonatów tworzy spójny instrument muzyczny.
Instrumentarium: tradycja wsparta kunsztem
W warstwie instrumentalnej koncert przyniósł znakomity balans. Zrezygnowano z taniej, elektronicznej nowoczesności na rzecz szlachetnego, tradycyjnego brzmienia.
Akordeon i flet prosty stanowiły melodyczny kręgosłup występu. Szczególnie ten drugi, o specyficznym, ostrym brzmieniu, przenosił nas wprost do XIX-wiecznych tawern i na pokłady kliprów herbacianych.
Gitara akustyczna i bas: Zapewniały solidną, głęboką sekcję rytmiczną, która nie dominowała nad wokalem, lecz stanowiła dla niego idealne oparcie.
Skrzypce: Wprowadzały element celtyckiej dzikości i tęsknoty, idealnie współgrając z melancholijnym tonem niektórych pieśni.
Współbrzmienie instrumentów akustycznych z żywym, męskim śpiewem a cappella w wybranych momentach stworzyło niezwykle organiczną, czystą fakturę dźwiękową.
Efekt
Koncert plenerowy Chóru Zawiszy Czarnego był prawdziwą ucztą dla uszu i duszy. To wydarzenie udowodniło, że muzyka morza traktowana z pełną powagą sztuki wokalnej potrafi zachwycić najbardziej wymagającego melomana. Zespół podarował nam perfekcyjne wykonanie, techniczną maestrię i potężny ładunek emocjonalny. Odczuwało się tu szacunek do tradycji, miłość do żagli i przede wszystkim – bezkompromisową jakość muzyczną. Pomyślnych wiatrów na dalszą drogę, Panowie! Ahoj!