Metafora teatru w opisie polityki wraca z uporem godnym lepszej sprawy. Politycy „grają role”, wyborcy „siedzą na widowni”, a scena publiczna rzekomo rządzi się tymi samymi prawami co deski teatru. To porównanie jest kuszące, bo proste. A zarazem głęboko nietrafione — i w swojej łatwości obraźliwe zarówno dla teatru, jak i dla rozumu obywatela.
Teatr jest miejscem wymagającym. Aktor, zanim wejdzie na scenę, musi nauczyć się tekstu, zrozumieć postać, podporządkować się dyscyplinie próby i rytmowi całości. Widownia zaś podejmuje milczącą, lecz poważną umowę: zgadza się na iluzję. Udaje, że wierzy w króla z tektury, w śmierć, która kończy się ukłonem, w miłość trwającą dokładnie do ostatniego aktu. To udawanie nie jest jednak oszustwem — jest wspólnym wysiłkiem, który pozwala dotknąć prawdy głębszej niż dosłowność.
W polityce takiej umowy nie ma. Nikt nie kupuje biletu na „pierwszy akt reformy”, nikt nie zgadza się na to, że obietnice są jedynie interpretacją roli, a kłamstwo — zabiegiem dramaturgicznym. Obywatel nie siada w fotelu po to, by „zawiesić niewiarę”. Przeciwnie: oczekuje konkretu, odpowiedzialności i skutków, które nie znikają wraz z opadnięciem kurtyny, bo żadnej kurtyny tu nie ma.
Kiedy więc polityk słyszy, że „gra swoją rolę”, otrzymuje wygodne alibi. Jeśli coś pójdzie źle — to nie on, to postać. Jeśli słowa okażą się puste — to przecież tylko kwestia scenariusza. Metafora teatru działa tu jak sprytna sztuczka: pozwala udawać, że brak kompetencji jest stylizacją, a cynizm — kunsztem aktorskim.
Ale to nadużycie ma swój koszt. Sprowadzając politykę do teatru, sprowadzamy polityków do aktorów trzeciej kategorii, którzy nie opanowali nawet podstaw rzemiosła. Grają bez prób, improwizują bez talentu, mylą dekorację z rzeczywistością, a widownię traktują jak statystów, których zadaniem jest klaskać we właściwym momencie. Scena publiczna zaś przestaje być miejscem wspólnej odpowiedzialności, a staje się tandetną iluzją — teatrem bez umowy, bez sensu i bez prawdy.
W „Folwarku zwierzęcym” zwierzęta nie odgrywały ról — one zmieniały reguły, jednocześnie udając, że nic się nie zmienia. Najgroźniejsze kłamstwo nie polegało na grze, lecz na wmówieniu innym, że to tylko gra. Gdy politykę nazywa się teatrem, robi się dokładnie to samo: oswaja się manipulację, nadając jej artystyczną nazwę.
Dlatego warto tę metaforę porzucić. Teatr zasługuje na szacunek. Polityka — na rozliczenie. A obywatel nie jest widzem. Jest uczestnikiem rzeczywistości, w której nie ma dubli, a źle odegrane role nie kończą się owacją, lecz rachunkiem, który płacą wszyscy.