Gulgotanie i sapanie
Napisała do mnie Pani Klaudia z Augustowa:
„Jadąc pociągiem zwróciłam uwagę na grupkę współpasażerów, żywo rozmawiających ze sobą. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że nie mogłam zrozumieć w jakim rozmawiają języku. Akcent, intonacja i szczekliwe słowa szukały w mojej pamięci skojarzeń z językiem fińskim, lub węgierskim, może norweskim… Nagle jednak przyszło olśnienie! Ten gulgot, sapanie i gardłowy akcent operował słowami przypominającymi język polski. Ale oni wszyscy mówili w ten sam sposób i rozumieli siebie doskonale! Wada wymowy może dotyczyć jednostki, ale cała grupa używająca takiej dziwnej odmiany języka, to już chyba gwara… Czy mam rację”?
Nie ma Pani racji, to był bełkot!
Ludzie bełkoczą najczęściej pod wpływem środków oszałamiających, ale dziś także (a może przede wszystkim) z powodów niechlujnej wymowy. Co gorsza, taka niedbałość nie jest przez nich w ogóle uświadamiana! Być może nie ćwiczyli tego przedtem w sposób należyty, wszak w szkołach dominują testy. Nie wiedzą nawet, że nie umieją mówić!
Poruszając się w zamkniętych środowiskach i częściej używając kciuków do klawiaturki (w smartfonie) niż języka, pozostają w izolacji. Problemem staje się to dla nich wtedy, gdy podejmują pracę wymagającą mówienia. W sklepach, restauracjach, na stacjach benzynowych, kancelariach i w biurach rozprzestrzenia się taki gulgot, sapanie i słowa tłoczone przez ściśnięte szczęki i na bezdechu! Spotykam się z tym także (o zgrozo!) w telemarketingu, a od niedawna w środkach masowego przekazu. Te ostatnie wyłączam, ale pozostałe męczą mnie jak Panią. Jeśli ktoś porusza w moją stronę ustami, a ja nie wiem o co chodzi, mówię:
— Proszę powoli i raz jeszcze..! Spokojnie..! Dasz radę…
Problemem towarzyszącym tej tragedii oralnej jest jeszcze skromny zasób słownictwa, ale to już inny temat…
