Metafora teatru w opisie polityki wraca z uporem godnym lepszej sprawy. Politycy „grają role”, wyborcy „siedzą na widowni”, a scena publiczna rzekomo rządzi się tymi samymi prawami co deski teatru. To porównanie jest kuszące, bo proste. A zarazem głęboko nietrafione — i w swojej łatwości obraźliwe zarówno dla teatru, jak i dla rozumu obywatela.
Teatr jest miejscem wymagającym. Aktor, zanim wejdzie na scenę, musi nauczyć się tekstu, zrozumieć postać, podporządkować się dyscyplinie próby i rytmowi całości. Widownia zaś podejmuje milczącą, lecz poważną umowę: zgadza się na iluzję. Udaje, że wierzy w króla z tektury, w śmierć, która kończy się ukłonem, w miłość trwającą dokładnie do ostatniego aktu. To udawanie nie jest jednak oszustwem — jest wspólnym wysiłkiem, który pozwala dotknąć prawdy głębszej niż dosłowność.
W polityce takiej umowy nie ma. Nikt nie kupuje biletu na „pierwszy akt reformy”, nikt nie zgadza się na to, że obietnice są jedynie interpretacją roli, a kłamstwo — zabiegiem dramaturgicznym. Obywatel nie siada w fotelu po to, by „zawiesić niewiarę”. Przeciwnie: oczekuje konkretu, odpowiedzialności i skutków, które nie znikają wraz z opadnięciem kurtyny, bo żadnej kurtyny tu nie ma.
Kiedy więc polityk słyszy, że „gra swoją rolę”, otrzymuje wygodne alibi. Jeśli coś pójdzie źle — to nie on, to postać. Jeśli słowa okażą się puste — to przecież tylko kwestia scenariusza. Metafora teatru działa tu jak sprytna sztuczka: pozwala udawać, że brak kompetencji jest stylizacją, a cynizm — kunsztem aktorskim.